Get Adobe Flash player

Patronat Honorowy

Wyprawa do Armenii 2011

Naprawa linkiJedną nogą w Armenii, czyli pół litra na trzy nogi i 8000 km.

10 km za Polską granicą posłuszeństwa odmówiła linka gazu w motocyklu Arka. Musze powiedzieć że to była jedyna poważna usterka w czasie tej trasy. Sama naprawa dzięki sznurkowi i nieocenionym „trytkom” okazała się bułką z masłem, trudniejsze było znalezienie śrubki mocującej manetkę gazu, która wpadła gdzieś w trawę. Ruszyliśmy w stronę Lwowa i ciężkich chmur, które jak na złość, ustawiły się nad miastem. Za Lwowem w smugach deszczu i błota spod kół ciężarówek pojechaliśmy dalej.

Miejsca na nocleg w Rumunii szukaliśmy w świetle lamp motocyklowych. Rozłożyliśmy karimaty, a za dach służyło nam niebo. Śniadanie przygotowaliśmy sobie pod sklepowym parasolem. Gdy już byliśmy całkiem zapchani, ekspedientka przyniosła nam talerzyk z ciepłym jeszcze ciastem, zupełnie gratis.

 

Było już zupełnie ciemno, a szosa wiodła przez górski las, tuż przy Tureckiej granicy z przydrożnego rowu pod moje koło wyskoczył zając. Uciekał przed motocyklem w linii prostej jakieś 200m., po czym czmychnął gdzieś w gęstwinę. Istambuł jest ogromny, ciągle budowany, a na drogach panuje ogromny ruch. Przedzieranie się przez korek szło całkiem sprawnie. Powodem zatoru, na który natrafiliśmy na wjeździe, okazała się mała stłuczka na moście Galata, umownej granicy między Europą, a Azją. Zatrzymaliśmy się za uszkodzonymi samochodami i zrobiliśmy sobie małą sesję zdjęciową. Widok tak na mnie podziałał, że zaaferowany zdjęciami nawet nie zauważyłem że do Arka podszedł policjant wezwany do stłuczki i kazał czym prędzej zabierać się stąd. Wpadliśmy na pomysł, że skoro już jesteśmy w Turcji, powinniśmy zjeść prawdziwego kebaba. W małym przydrożnym barze dostaliśmy coś, co przypominało mielonego o kształcie parówki. Do tego „salad” w postaci pomidorów i ogórków z sosem czosnkowym. Zapomnieliśmy jednak, że w Turcji koniecznie trzeba się targować wszędzie, gdzie tylko cena nie jest widocznie zapisana. Skutkiem tego kolacja kosztowała nas tyle, co nocleg w przydrożnym Otelu!

Batumi przywitało nas klaksonami i drogowym chaosem. Zdziwiliśmy się, że duża część przepisów, które znamy z Europy, w Gruzji nie ma zastosowania. Tutaj klaksonu używa się zamiast kierunkowskazu, a na rondzie pierwszeństwo ma sprytniejszy i szybszy. Z Batumi skierowaliśmy się do Goderzi. Asfalt wił się nad rzeczką i znikał wprost proporconalnie do wysokości. Szutrem wspinaliśmy się w stronę chmur. Nasze motocykle mimo iż całkowicie szosowe dzięki małej wadze doskonale radziły sobie na górskich ścieżkach. Szybko wjechaliśmy w chmury. Poczułem się jak osioł w Shreku: „Nie patrz w dół! nie patrz w dół! Shreek! Ja w dół patrzę!” Tyle, że osioł w dole widział lawę – my widzieliśmy chmury.

Zaczynało robić się ciemno, więc w malutkiej wiosce zapytaliśmy o nocleg. Zaproszono nas do jednej z chat. Motocykle postawiliśmy pod dachem i zdjęliśmy mokre ubrania. Nie wiadomo kiedy na stole znalazła się zupa z sera owczego w maśle, po prostu wspaniała, do tego słony ser owczy oraz chleb. Zjedliśmy z rodziną która zaprosił nas do chaty. Kolacja przy świecach, bo akurat wyłączyli prąd, tutaj to norma. Nalano cza-czę i rozmowy popłynęły niczym nie skrepowanym potokiem. Rozmawialiśmy po rosyjsku, polsku, angielsku i trochę po gruzińsku. Magia cza-czy sprawiła, że rozumieliśmy się prawie bez przeszkód. Nastała jednak późna noc i w pewnym momencie tamada (mistrz ceremonii) powiedział koniec. Po kilku „rozchodniakach” położyliśmy się do łóżek.

Zjeżdżając z góry, pokonujemy potoczki, które przybrały po nocnej burzy, znów zaczęło siąpić, ale zza chmur widać było słońce, które cudownie wychodzi wraz z pojawieniem się asfaltu. Nareszcie zobaczyliśmy Gruzję w jej zwyczajowych pięknych zieleniach traw i błękitach rzek. Widok drogi położonej na brzegu rzeki, przywrócił, mimo mokrych butów, uśmiech na nasze twarze. Cała Gruzja jest piękna, ale droga wojenna i krótki niespełna 20-kilometrowy odcinek prowadzący do twierdzy Wardzia są tym, co wg. mnie definiuje majestatyczne piękno Gruzji. Jadąc wąwozem nad rzeką Kura, nad którą położona jest Wardzia, miałem ciarki. Zostawiliśmy motocykle i mokre ciuchy na polu namiotowym i udaliśmy się na zwiedzanie Wardzi, czyli miasta w skale. "Budowano" je od 1185 roku i składało się ono z ponad 6000 komnat umieszczonych na 13 kondygnacjach.Zjedliśmy obiad ze świeżego mięsa, które jeszcze chwilę wcześniej było chodzącą świnią, sprawiono ją praktycznie na naszych oczach. Dzięki umiejętności Arka do nawiązywania kontaktów po godzinie byliśmy zaprzyjaźnieni prawie z całym polem namiotowym. Umówiliśmy się wszyscy na wieczorną kąpiel w bani z wodą siarkową. To był magiczny wieczór. Kąpiel umilaliśmy sobie rzucaniem frisbee i wznoszeniem toastów za przyjaźń słowiańską. Po kąpieli przenieśliśmy się na zewnątrz, gdzie przy ognisku do późna prowadziliśmy nocne Polaków i Czechów rozmowy.

Na Gruzińskiej granicy standardowo musieliśmy troszkę poczekać, bo w Gruzińskim systemie celnym nie ma takiej marki, jak Zipp. Zostało 150 km do celuprzed nami jeden problem: jak dojechać do Erewania? Nasza mapa kończyła się na Gruzji, a żeby było weselej, okazało się, że na trasie liczącej 150 km ustawiono tylko dwa drogowskazy, wskazujące drogę do Erewania w którym mieszka połowa mieszkańców Armenii. Ja pytam jednego, Arek następnego napotkanego przechodnia. Na ogół ta taktyka się sprawdza, czasami tylko ciężko znaleźć dwie osoby wiedzące, jak własciwie pokierować do celu. Tak też zdarzyło się w drodze do Erewania: Arek zapytał o drogę miejscowego obrotniaka, a ten zainteresował się, czy mamy „dięgi”. Mój towarzysz się zagotował. Już myślałem, że będzie jakaś rozróba, gościu złapał Arka za rękaw kurtki, ale po krótkim, soczystym fucku, wskazał nam drogę... Oczywiście złą. Coś nas tknęło, zapytaliśmy taksówkarza, który przyglądał nam się bacznie podczas naszej narady. Taksiarz okazał się miłośnikiem motocykli, przeprowadził nas przez całe miasto, na końcu pokazał nam na swojej komórce kilka zdjęć motocykli. Pożegnaliśmy się szybko i pomknęliśmy w kierunku miejsca naszego przeznaczenia.

Przedmieścia Erewania wyglądają, jak koszmar. Na ogół położone są tuż obok górskich urwisk, gęsto obsypanych wszelkim śmieciem. Bloki to znana u nas, komunistyczna płyta z tym, że nigdy nie odnawiana. Kilka razy widziałem wybite, zasłonięte zwykła folią szyby. Mijamy most przy wytworni brandy Arrat i wszystko zmienia się, jak przy dotknięciu różdżki. Jak spod ziemi wyrastają reklamy Chivaz Regal, a łady nivy są tylko dodatkiem do najnowszych Mercedesów, Lexusow czy BMW. Muszę stwierdzić, że stwierdzenie iż Polki są najpiękniejsze na świecie, trzeba zweryfikować i przyjrzeć się mu dogłębnie. Dziewczyny w Armenii mają pewien specyficzny rodzaj urody. Śniada skóra, ciemne włosy, oczy i niesamowite spojrzenie przypominające wzrok dzikiego kota. Modelki mogłyby uczyć się chodu od dziewczyn z erewańskich ulic, a wiele gwiazd filmowych pozazdrościłoby im figury. Jakby tego było mało, Ormianki ubierają się z wielką klasą i to wszystko sprawia, że na początku bardziej zwracaliśmy uwagę na to, co działo się na chodnikach, niż na drodze.

Pierwszy dzień w Erewaniu poświęciliśmy na przegląd naszych motocykli w końcu po 4000 km. wypada zmienić olej i naciągnąć łańcuch. Wybraliśmy się do poznanych w trakcie jazdy z Goderzi motocyklistów. Vacho, zaprowadził nas do najlepszego warsztatu w całym Erewaniu. Zaraz po wyjeździe dało znać o sobie moje kulawe szczęście. Nie ujehałem 200m. gdy na rondzie lusterko postanowiło odpaść, wstępne oględziny raczej nie dawały szans na regeneracje. Lusterko było połamane w miejscu mocowania do wspornika. Co ciekawe okazało się że Vache mechanik odwalający całą brudną robotę w warsztacie okazał się gwiazdą Armeńskiego Big Brothera. Na szczęście okazało się że Vache nie zatracił na telewizyjnym garnuszku zdoloności manualnych i zanim sie zdążyliśmy obejrzeć u mnie na miejscu zepsutego lusterka siedziało lusterko z jakiejś Cebry, Arek miał naprawioną linkę gazu, a obydwa motocykle miały naciągnięte łańcuchy i zmieniony olej. W rozmowie wyszło że w 1,5 milionowym erewaniu jest około 100 motocyklistów, a motocyklistów znających się na rzeczy i wiedzących z czym to się je można policzyć na palcach. Zgadzałoby się to z tym co obserwowaliśmy na ulicach, większość motocyki to były dostawcze 125 wykorzystywane przez pizza boyow. Jeżeli się nie mylę innych motocykli na Armeńskich blachach widzieliśmy chyba tylko 3. Vache za robotę nie chciał złamanego grosza.

Nastęnego dnia zobaczyliśmy SKARP, ośrodek w którym niepełnosprawni mogą nieodpłatnie skorzystać z siłowni, oprócz prowadzenia siłowni Skarp opiekuje się również sekcją koszykówki na wózkach. Dyscyplina ta jest mi szczególnie bliska gdyż sam gram w kosza. Miałem ogromną ochotę zagrać z chłopakami z Erewania jednak przeszkodził w tym sezon wakacyjny, okazało się że wszyscy są poza miastem. Następny dzień spędziliśmy w centrum hippoterapi Centaur. Ośrodek prowadzi przemiła Hasmik. Od samego początku wiedzielismy że zobaczymy się z nią, umawialiśmy się mailami i cały czas byliśmy pewni że rozmawiamy z facetem. Dopiero po przyjeździe do Erewania zorientowaliśmy się że Hasmik to kobieta. Na centrum składa się stajnia z kilkoma końmi szopką pod którą można się schronić przed słońcem i wybieg. Zajeliśmy miejsca na starej wysłużonej kanapie w cieniu szałasu. Rozmowa toczyła się leniwie, a my delektowaliśmy się orzeźwiającym powiewem wiatru. Borys przyprowadził konia bo zaraz miała przyjechać dziewcznka na sesję. Skorzystałem i przejechałem się kawałeczek. Moje obawy co do jazdy konnej okazały się uzasadnione, to nie dla mnie. Z koni poproszę te mechaniczne. Do Erewania wracaliśmy razem z zachodzącym słońcem, w cieniu stadniny spędziliśmy jeden z najprzyjemniejszych dni naszego wyjazdu.

Zmęczył nas żar miasta . Gdy tylko wyjechaliśmy za miasto przypomnieliśmy sobie co było nszym głównym celem jazda, jazda, jazda. Droga nad jezioro upłyneła szybko i nim się obejrzeliśmy pluskaliśmy się w lodowatej i przerzystej wodzie jeziora Sevan, niska temperatura wody utrzymuje się ponieważ jezioro zasilane jest przez 29 rzek i strumieni, a wypływa z niego tylko jedna rzeka. Przed odjazdem postanowiłem przejechać sie trochę przy brzegu żeby zrobić kilka zdjęć z innej perspektywy. Nie odjechałem zbyt daleko i zobaczyłem góry śmieci. Po kilku dniach w tym kraju niestety nie dziwiło mnie to już. Kilkanaście metrów dalej spotkała mnie dla odmiany miła niespodzianka. Jechałem nitro odziany w same majtki, zatrzymałem się żeby zrobić zdjęcia, na plaży było kilkanaście osób odpoczywających w grupach. Nim zdążyłem wyciągnąć aparat i zrobić fotki, jedna z większych grup przywoływała mnie na migi. Gest podnoszenia kieliszka i przyzywania ręką był bardzo jednoznaczny. Usiadłem z nimi i na szczęście udało mi się wymówić od picia, dzięki bogu zostało im troszkę szaszłyków, gdybym nie dał rady pobiesiadować z nimi nie wypuścili by mnie bez spełnienienia kilku toastów. Nowo poznani przyjaciele zrobili sobie kilka zdjęć na motocyklu. Do dziś przeglądając zdjęcia z wyprawy nie wiem czy szczęście na ich twarzach wypływa z promili czy najzwyczajniej z dobrego życia, życia którego celem nie jest pogoń za króliczkiem. Będąc w Gruzji i Armenii wiele razy zadawałem sobie pytanie dlaczego ludzie wydają się tu tak szczęśliwi i otwarci. Myślę że źródłem ich szczęścia są silne więzi międzyludzkie. To jest coś o czym my na zgniłym zachodzie chyba powoli zapominamy. Jest wiele rzeczy których Armenia i Gruzja powinna się uczyć od nas, ale w obszarze stosunków międzyludzkich jesteśmy lata świetlne za nimi. Znak czasów?

Powoli zaczeliśmy szykować się do opuszczenia Erewania. Po krótkim rozeznaniu się w hostelu podjeliśmy decyzję że zobaczymy antyczną świątynie w Garni. Świątynia została wybudowana według porządku jońskiego w IV wieku p.n.e. przez żołnieży Aleksandra Wielkiego na urwisku skalnym. W dole wieje się urokliwa rzeka dzięki czemu można było zobaczyć dla odmiany troszkę zieleni. Następne kilometry nawineliśmy w kierunku oddalonego o zaledwie kilkanaście kilometrów klasztoru skalnego w Geghard. Klasztor ten został wybudowany w czwartym wieku przez pierwsze władze kościelne. Trzykrotnie ucierpiał w wyniku trzęsień ziemi i był wielokrotnie plądrowany przez armie Arabskie. Po rytualnym obmyciu się w świętm źródle dookoła którego budowany był klasztor wybraliśmy się w drogę powrotną.

Przez całe 10 dni które spędziliśmy w Erewaniu i oklicach myślałem że prawie cała Armenia przybiera postać mniej lub bardziej łagodnych zboczy pokrytych rachityczną spaloną trawą. Sytuacja zmieniła się dość szybko gdy tylko zostawiliśmy za sobą Sevan. Przekroczyliśmy tunel, po drugiej stronie góry powitał nas zupełnie inny krajobraz, soczyste zielenie, strome pokryte drzewami zbocza i kręte przyjemne drogi. Z nieba lał się żar, okoliczności przyrody i głód jazdy skłaniały nas do coraz głębszych pochyleń. Na wijących się drogach kilka razy zmuszeni byliśmy do łykania spalin z wolno toczących się ciężarówek Do Tiblisi dojechaliśmy bez przeszkód, nie bardzo wiedzieliśmy jak dostać się na plac Europejski gdzie umówiliśmy się z Zazą, naszym kolejnym łacznikiem na trasie naszej wędrówki. Kkoniec języka za przewodnika i po chwili taksówkarz eskortował nas na miejsce. Zaza okazał się super gościem, mimo że non stop wyglądał jak zdjęty z krzyża. Oddał nam do dyspozycji pokój w swoim mieszkaniu i zaoferował za przewodnika Gegę jego syna. Niestety w Tiblisi problemy są takie same jak Armenii kasa, kasa, kasa. Nie spodziewaliśmy się że centrum terapii zorganizowane jest u Zazy w piwnicy. Trzeba jednak przyznać że nie jest to amatorka, widać że pomieszczenia przeznaczone do rechabilitacji dzieciaków uwzględnione były już na etapie projektu domu, to że są w piwnicy w niczym nie przeszkadza. Wiele spotkanych po drodze osób jest zakręconymi marzycielami. Dobrze widać to na przykładzie Zazy zbudował sobie jako zupełnie dorosły facet domek na drzewie, z widokiem na jego ulubioną górę, jego magiczne miejsce.

Następnego dnia udaliśmy się do David Gareja. Monastyru z 6 w.n.e. wykutego w skale. Oostatnie 5 km. pokonaliśmy po kamiennym szutrze. Po raz pierwszy uświadomiłem sobie jak ważne jest skręcanie podnóżkami. Trzeba było jechac cały czas na odkręconym gazie bo inaczej przednie koło zapadało się w drobne kamyczki. Jak zwykle nie bardzo wiedzieliśmy jak ma wyglądać klasztor więc gdy zobaczyłem jakiś stary zameczek na szczycie zatrzymałem się, Arek też. Niestety w bardziej widowiskowy sposób, usłyszałem za sobą tylko Maaaciek i słowo na K. Następne co widziałem to Arek sunący bokiem po lużnych kamyczkach. Nie bardzo wiedziałem co mam robić. Wyłączać silnik, stawiać na podstawce... Arek wyje przygnieciony motocyklem. Po chwili trwającej wieczność podniosłem Arka motocykl. Dobre ciuchy to podstawa Arek otrzepał się z kurzu i pojechaliśmy dalej. Klasztor na pewno jest wart odwiedzenia, jednak wszycy radzili nam wejść na górę i popatrzyć na Azerbejdżan. Poddaliśmy się szybko ponieważ nie wzieliśmy wody, a motocyklowe spodnie nadają się lepiej do chronienia przed upadkami niż do turystyki wysokogórskiej w 40 stopniowym upale. W tym momencie chyba najdotliwiej poczułem moją niepełnosprawność. Przed wypadkiem wręcz skakałem po takich górkach, teraz jednak ja biedny kuternoga strategicznie uciekłem z ringu odpuszczając sobie może najlepszy widok całej wyprawy. Żeby odbić sobie tą porażkę na następny dzień zaplanowaliśmy sobie wycieczkę drogą wojenną.

Dla dużej grupy turystów misteczko Kazbegi jest punktem wyjściowym do ataku na Kazbeg który wznosi się na ponad 5000 m.n.p.m. My jednak od razu wiedzieliśmy że na szczyt nie będziemy wchodzić. Nie będę już nudził o przewidokach. Powiem tylko że do dziś z Arkiem nie doszliśmy do porozumienia co w Gruzji było piękniejsze dolina Kury ze skalnym miastem czy cała droga wojenna. Humor troszkę tylko się popsuł gdy asfalt ustąpił miejsca szutrowi, a samochody osobowe zamieniły się w kurzące na pół kilometra TIRy zmierzające na rosyjskie przejście graniczne. Zwątpienie dopadło nas wraz z ulewą jakby tego było mało dioda wskaźnika paliwa z zielonej zmieniła się w żółtą a równy szuter powoli zmieniał się w błotnisty potoczek. Gdy tylko staneliśmy pod jakimś starym przystankiem autobusowym słońce zaczeło przebijać się zza deszczowych chmur. Na szczęście kawałek dalej była stacja która jednak najlepsze czasy miała dawno za sobą, ja nie widziałem jeszcze dystrybutora ze wskazówką zamiast cyferek.

W mieście od razu opadło nas kilka osób oferujących hotel - good price. Pokręciliśmy się trochę i skorzystaliśmy z oferty najbardziej natarczywego. Nasz gospodarz okazał się mistrzem marketingu, skusił nas zeszytem, gdzie miał wypisane po angielsku, niemiecku, hiszpańsku, rosyjsku, polsku, a nawet hebrajsku zalety swojej kwatery. Poszliśmy w miasto. Zdziwił nas widok dziwnej budowli, która wygądała jak masywna wieża o wysokości dużego mgazynu. Co to mogło być, rampa wyładunkowa, dzwonnica? Później dowiedzieliśmy się że na przeomie lat 80 i 90 władze sowieckie wybudowały kolejkę linową wspinającą sie wysoko w górę do zabytkowego klasztoru Tsminda Sameba na podnóżu Kazbegu. Niestety miejscowi wtedy nie byli tak przyjaźni dla turystów jak teraz i w dwa lata później kolejka jakimś dziwnym trafem się popsuła. Gdzieś wyczytałem żę nie po to budowano świątynie trudno dostępnych miejscacach żeby wjeżdżać tam bez uronienia chociaż kropli potu, ale co tam sowieci wiedzą lepiej.

Prosto z Kazbegi udaliśmy się do Poti, promem dotarliśmy na Krym. Przed Lwowem zrobiliśmy sobie z Arkiem ostatnią wspólną fotę. Przybiliśmy piątki i obiecaliśmy sobie że to nie będzie nasza ostatnia wyprawa. Nigdy wcześniej nie przypuszczałem że kiedyś powiem że mamy dobre drogi. W czasie podróży zmieniło mi się podejście do dystansu, te 300 km. które zostały mi do domu wydawały mi się nie warte splunięcia. Do domu dotarłem grubo po zmroku. Żona wystraszyła się mnie bo specjalnie nie informowałem jej że już jestem. Wziąłęm prysznic, tutaj skończył się pierwszy rozdział trylogii pod tytułem: Jedną nogą w...

Sponsorzy generalni

 

 

 

 

 

 

Patroni medialni